piątek, 13 stycznia 2017

Kosmetyki: Nowości kosmetyczne - styczeń!


1. Farba do włosów RR Line - w poprzednim denku kosmetycznym ("Denko kosmetyczne - styczeń!") przedstawiłam Wam farbę Kallos, z której byłam bardzo zadowolona, dziś przedstawiam Wam inną, równie wydajną, która miała dwa intrygujące mnie kolory, którymi stwierdziłam, że uda mi się "wrócić do natury". I właściwie jestem już po farbowaniu, udało się, ale o efektach będzie oddzielny post.


2. Podkład rozświetlający Lirene Shiny Touch - ostatnio temat rzeka. Poprzednio używałam Lirene Intensive Double Cover, jednak kiedy byłam najbardziej nim zachwycona, wycofali go. I zabolało to nie tylko mnie, o czym świadczą Wasze komentarze i maile. Powiem Wam szczerze, że ten jest lżejszy, mniej kryjący, ale daje na tyle radę, że aktualnie jestem mu wierna od roku i nie zamierzam tego zmieniać.


 3. Tusz do rzęs Maybelline The Colossal Go Extreme, leather black - o matulu, uwielbiam! Bardzo pogrubia i nie skleja. Kolejny Maybelline, czyli mogę stwierdzić, że uwielbiam wszystkie tusze tej marki.

4. Tusz do rzęs Lovely False Lashes - niepozorny, tani, jak barszcz, a delikatnie pogrubia i podkręca, idealny do codziennych "make up no make up".

5. Tusz do rzęs Maybelline NY Great Lash - jak wspomniałam, w wyżej wymienionym denku, siostra zaraziła mnie nim i mam już kolejny.

6. Lovely Dark Nude Make up Kid, czyli cienie do powiek - tego dawno u mnie nie było, bo cieniami maluję się od wielkiego dzwonu i miałam swoje niezawodne, wiecznie zakurzone palety, jednak postanowiłam wymienić sto nieużywanych paletek, na jedną, a fajną. I kupiłam tą, idealną do "smoky eyes", mojego niezawodnego makijażu na większe wyjścia. Kolory są cudowne: od jasnych matowych i błyszczących, po wszelkie nude, beże, brązy, po czarny. Podoba mi się to, że w jednej paletce są cienie do wykonania tego samego makijażu w wersji matowej i błyszczącej. Będę używać!

7. Studio Eyebrow Kit Miss Sporty, czyli zestaw do malowania brwi - malowanie brwi, czyli to, co kobiety, które nie posiadają makijażu permanentnego, czy dobrej henny, powinny mieć w jednym paluszku. Stosowałam już zestaw z Bourjois, Astora i Revlon'u, a ostatnio kupiłam ten, na spróbowanie. Za mało jeszcze nim pomalowałam, żeby odpowiednio zachwalić, czy zniechęcić, ale tak niska cena sprawia, że można śmiało spróbować.

 

 8. Baza pod lakier hybrydowy Semilac - przetestowałam bazę, bazę witaminową i bazę top 2w1 i powiem Wam, że tylko na zwykłej bazie trzymają mi się lakiery hybrydowe. Bazę witaminową próbowałam, kiedy zaczęły się moje problemy z pazurami, 2w1 zachwyciłam się, ale hybryda schodziła mi po trzech dniach, a z tą mam spokój na prawie trzy tygodnie (co u mnie jest bardzo długim czasem).

9. Semilac 033 Pink Doll - jak kupiłam, to od razu ściągnęłam poprzednie, trzydniowe paznokcie, bo musiałam spróbować! ;-) Mam chyba słabość do wszystkich czerwonych i neonowych kolorów, a ten jest cudowny! Mam go właśnie na pazurach już prawie tydzień, więc oszczędzę Wam widoku odrostów, ale jestem nim zachwycona do tego stopnia, że zrobię go sobie jeszcze raz, drugi raz pod rząd, co mi się rzadko zdarza, i Wam tu pokażę.

10. Utwardzacz do paznokci Essence - w denku obiecałam, że pokażę Wam cudowną rzecz do zapuszczania naturalnych paznokci. I oto ona! Ten utwardzacz naprawdę odwalał kawał dobrej roboty, i po dwóch warstwach był twardy, jak baza pod hybrydę. Mega wydajny, mega tani, warto spróbować, jeśli ktoś chce mieć długie, twarde paznokcie, bez żeli czy hybryd.


 11. Krem do twarzy Ziaja Z wit. C i HA/P - właściwie poszłam po inny, wyszłam z innym, czyli standard. Jestem po tygodniu używania go i jestem zachwycona! Już dawno żaden krem tak nie regenerował mi skóry, żebym rano mogła się pokazać bez make up'u! ;-)

12. Evree Multiolils Bomb, olejek do ciała - no cóż, ciało po dwóch ciążach pozostawia wiele do życzenia (co zobaczycie w maju, kiedy to opublikuję Wam zdjęcia tuż po ciąży i po okresie ciężkich ćwiczeń i wyrzeczeń), ale wierzę, że i to można pokonać i naprawić. Stosuję kilka fajnych kosmetyków, dziś polecam Wam ten olejek, który doskonale nawilża i nie brudzi ubrania, co u mnie naprawdę rzeczą, na którą zwracam dużą uwagę.


13. Matowy błyszczyk Kylie Cosmetics Mary Jo K, wersja z konturówką - pisałam nie raz, nie dwa, że jest to najpiękniejsza czerwień, jaką miałam!

14.  Matowy błyszczyk Kylie Cosmetics Koko K - wygląda, jak różowy wymieszany z beżowym, idealny na co dzień.

15. Czerwony, matowy błyszczyk Lovely Matt & Lasting - to była moja ulubiona czerwień, zanim kupiłam Mary Jo K. I ten też daje radę, co pokażę Wam w poście, który porówna obie te marki. 

Zastanawiacie się, jak można porównać Kylie Cosmetics do Lovely? Możecie się bardzo zdziwić ;-) Post ukaże się niebawem!


16. Konturówki Kylie Cosmetisc i Avon - pierwsza do kompletu, druga idealnie pasująca do Lovely.

17. Szminka wet'n'wild, dark wine - moja słabość, kupuję ją hurtowo w drogeriach Natura, bo nigdzie indziej ich nie widuję, a hurtowo, bo boję się, że też nagle zostaną wycofane, a to jest zdecydowanie kolor, od którego (prócz czerwieni) jestem uzależniona!

18. Miętowy EOS - ulubiony ratunek na wszystko, od wysuszonych ust, przez otarcia i pęknięcia skóry (tak, u mnie sprawdza się, jak nic!). Ale o EOS'ie usłyszycie jeszcze w poście z matowymi błyszczykami, więc nie będę się tu rozpisywać. Podsumowując - kupować i nie zastanawiać się ;-)


I tyle na dziś. Miłego dnia i do zaś! ;-)

niedziela, 8 stycznia 2017

KOSMETYKI: Denko kosmetyczne - styczeń!


1. Balsam do ciała Indigo, wersja AROME 99
2. Krem do rąk Indigo, wersja SEVENTH HEAVEN 
3. Masło SHEA Indigo, wersja POP SUGAR

Jak pisałam w poprzednim poście ("Semilac 140 Little Stone + Semilac 130 Sleeping Beauty oraz podsumowanie regeneracji paznokci z Indigo.") zużyłam wszystko ekspresem, ale nie żałowałam sobie i dzięki temu, po trzech miesiącach dłonie i paznokcie mam jak nówki sztuki. W skali od 1 do 6: 6 i kupię ponownie (a już na pewno od razu ten krem do rąk!).


4. Farba do włosów Kallos KJMN - wersja z keratyną i olejkiem arganowym.
Mam bardzo dużo, bardzo gęstych włosów, więc gdybym chciała malować je w domu farbami z drogerii, spokojnie zużywałabym 4 opakowania na jeden raz. Szukałam czegoś ekonomiczniejszego i dobrego i po kolejnych próbach i błędach natrafiłam na te farby. Nie ma nic lepszego dla mnie, niż stosunek farby do oksydantu 1:1,5, bo kupuję dwie farby i mieszanki wychodzi mi aż za dużo. Cena śmiesznie niska, dużo odcieni blondu, osobiście przetestowałam 4 i za każdym razem byłam zadowolona z efektu końcowego. Ostatnio, po porodzie jednak chyba hormony mi do głowy uderzyły i zrobiłam sobie taki meksyk rozjaśniaczem i dziwnymi mieszankami drogeryjnymi, że o ratowaniu tego postanowiłam poświęcić oddzielny post, bo naprawdę warto, ku przestrodze ;-)
A wracając do dzisiejszej farby, w skali od 1 do 6: 6 i kiedyś na pewno kupię ponownie.

5. Krem do twarzy Soraya AQUACELL, regenerujący krem kompres na noc.
 Konsystencja błękitnej galaretki, co niestety nie sprawdza się u mnie dobrze i na mojej przesuszonej wiecznie skórze wchłania się w trybie natychmiastowym, więc taki krem starcza mi na tydzień z hakiem. Co oczywiście nie zmienia faktu, że fajnie nawilża, pachnie i drogi też nie jest, jednak nie zachwycił mnie aż tak, żebym kupiła go teraz ponownie. W skali od 1 do 6: 4.

6. Sól do kąpieli Purity White Tea.
I tu wyjdzie znów moja obsesja do zapachów, bo pachnie tak obłędnie, że można w wannie odlecieć. Chyba powróciła moja miłość do zapachu herbaty i jak tylko wejdę do drogerii, to kupię zapas tej soli na cały rok. W skali od 1 do 6:6.


7. Oliwkowy tonik z wit. C ZIAJA.
Pamiętam, jak w poprzednim denku się nim zachwycałam, po drugiej butelce mam już go jednak dość i choć w skali od 1 do 6 daję mu 5+, tak na razie nie kupię go ponownie.

8. LIRENE, Shiny Touch, czyli fluid rozświetlający.
Nie zliczę, które opakowanie z kolei. Ostatnio pojawiła się masa komentarzy i wiadomości o niego (i tak, moje Drogie Panie, też płakałam, jak wycofali Double Cover!). Ten też daje radę - sprawdzony, teraz ulubiony i już. W skali od 1 do 6: 6!

 9. Preparat przyspieszający wzrost paznokci LOVELY.
O MAMO, nigdy więcej. Chciałam kupić coś szybko, kiedy rozpoczęłam regenerację bez hybryd, a wiadomo, jak się człowiek spieszy, to... dupa straszna. Mam wrażenie, że preparat wręcz osłabiał mi paznokcie i nie łudźcie się, puste opakowanie nie świadczy, że go zużyłam - Zofia pewnego pięknego dnia podlała nim kwiatki. (Też zdechły :P). Znalazłam jednak coś lepszego, ale pokażę i opowiem o tym w kolejnym poście. W skali od 1 do 6: 1 i nigdy więcej go nie kupię.


Zanim przejdę do tuszy, musicie wiedzieć, że u mnie z tuszami, jak z kremami do twarzy - mam ich zawsze dużo, ale chyba jeszcze żaden nie powalił mnie tak na kolana, żeby kupić go dwa razy pod rząd.

10. Tusz do rzęs Maybelline NY Lash Sensational.
Jeden z nielicznych z gumową szczoteczką, który nie skleja mi trzech warstw tuszu na rzęsach. Muszę powiedzieć, że był na tyle dobry, że zaryzykowałabym i kupiłabym drugi raz pod rząd. W skali od 1 do 6: 5+.

11.  NYC Big Curl Mascara.
Nie kupiłam, dostałam ze Stanów, ale oczekiwałam większego curl i wow, a nic takiego nie było. Używałam sporadycznie jako drugą warstwę, bo po pewnym czasie odkryłam, że w tej roli nawet daje radę. W skali od 1 do 6: 2 i nie kupiłabym go ponownie.

12. Maybelline NY Great Lash.
Tak naprawdę do użycia go zmusiła mnie moja siostra, która jest jego fanką. Ani specjalnie nie wygląda, ani szczoteczka nie powala na kolana, prawdę mówiąc nie zwróciłabym na niego uwagi w sklepie, co byłoby błędem! Tusz naprawdę daje radę, pięknie rozdziela i wydłuża rzęsy. W skali od 1 do 6: 5 i kupiłam ponownie, co zobaczycie w kolejnym poście.

Bo właśnie w kolejnym poście pokażę Wam kilka nowości kosmetycznych, od cieni do powiek, których nie używałam do tej pory, przez inną, równie wydajną farbę do włosów, po porównanie matowych błyszczyków Kylie J z matowymi błyszczykami Lovely. Wszystko w kolejnym poście, teraz miłego dnia, hej!

piątek, 6 stycznia 2017

PAZNOKCIE: Semilac 140 Little Stone + Semilac 130 Sleeping Beauty oraz podsumowanie regeneracji paznokci z Indigo.


 Zanim podsumuję dzisiejsze kolory, chciałam Wam przedstawić moje paznokcie po 3miesięcznej przerwie od hybryd. W październiku pisałam Wam, że mam duży problem z paznokciami, ale jeśli ktoś nie pamięta, to odsyłam do wpisu: "INDIGO HOME SPA, czyli jesienna pomoc dla zmęczonych dłoni i paznokci." - dziś czas na podsumowanie. Powiem Wam, że rozpoczynając wtedy regenerację byłam sceptycznie nastawiona i nie liczyłam na cud, nawet na żadne większe skutki. I tu, chwała Panu, bardzo się pomyliłam, bo przez te trzy miesiące naprawdę zużyłam wszystkie tamte kosmetyki, przyłożyłam się do systematyczności, jak nigdy, a moje paznokcie zaczęły rosnąć (nawet mały, który jest moją odwieczną zmorą, patrzcie! ;-)), skóra dłoni rzeczywiście stała się delikatna i miękka, a tyle, ile nawdychałam się przy tym cudownych zapachów, to głowa mała.
Żeby nie być gołosłowna, zdjęcie "przed i po" poniżej:


A teraz powrót do dzisiejszych kolorów. 140 Little Stone i 130 Sleeping Beauty to kolory, które mam w swoim zbiorze od bardzo dawna, ale pierwszy raz w duecie na paznokciach. Co prawda nie jestem fanką różnokolorowych paznokci, ale dziś zrobiłam wyjątek, bo w tamtym tygodniu zamówiłam nowy kolor, który chciałam dziś nałożyć, ale kurier zrobił mnie w bambuko i wiezie mi go do mojej krainy zimna już czwarty dzień. Oba kolory potrzebują dwukrotnej warstwy, żeby dobrze pokryć, ale myślę, że efekt jest naprawdę fajny i ciekawy. Polecam!


 Mój Semilac w innych postach:

czwartek, 5 stycznia 2017

Dziecko: Pierwsza przespana noc noworodka, czyli otulacz Oh!Tully.


 Jakiś czas temu na INSTAGRAMIE pokazałam Wam otulacz dla Staszka, otulacz od Oh!Tully

Ale zacznę od początku. Pewnie co druga kobieta, która nie ma dziecka, a widzi noworodka w otulaczu, myśli sobie, że coś tu jest nie halo ;-) U mnie było podobnie - kiedy pierwszy raz zobaczyłam ten cud, uznałam, że dziecko się w nim dusi, jest pogniecione i ściśnięte, na pewno go wszystko boli i wielka krzywda i samo zło. Potem urodziła się moja córka Zofia i kiedy przynieśli mi ją na oddział w szpitalu, zawiniętą mocno w kokon z rożka i pieluch, pierwsze co zrobiłam, to rozwiązałam ją "z tej tragedii" i pozwoliłam machać rękami i nogami. I kiedy nie przespałam pięciu nocy pod rząd, uznałam, że jednak nie mam racji, dziecku "ściśniętemu" nie dzieje się taka krzywda, jak mi się wydaje, wręcz czuje się dalej bezpiecznie i wygodnie, jak w brzuchu matki. Do dzisiaj wydaje mi się to absurdalne, ale (tu dobra rada Skalskiej) z noworodkiem nie dyskutuj ;-) Zofia dostała otulacz, jak już wspomniałam, po nieprzespanym tygodniu, i od tego czasu przesypiała całe noce.

Kiedy urodził się Staś odkryłam, że otulacze wyrosły na rynku, jak grzyby po deszczu, jednak trafiłam na firmę, która najbardziej wzbudziła moje zaufanie. Firmę Oh!Tully prowadzi szalona rodzinka, która odkryła sekret szybko przesypianych nocy, a ja bez wahania, przypominając sobie początki z Zośką, przywitałam w domu kolejny otulacz.


No i cóż, dzisiejsza recenzja miała wyglądać trochę inaczej, ale zawsze piszę tu obiektywnie i prawdziwie. Zośka dałaby się za ten otulacz pokroić, Staszek go nienawidzi. Może nienawidzi to za duże słowo, bo pierwszą noc przespał, a ja zachwyciłam się tym cudem, jak niczym. Ale na pierwszej nocy się skończyło, zapewne przez kolkę, której Zośka nie miała. Staszek przechodzi istne opętanie i ni jak nie da się go ponownie zapiąć w otulaczu. 

 Pamiętacie, jak cieszyłam się, że Zośka była noworodkiem aniołem i głośno stwierdziłam, że kiedyś to wszystko się odmieni? Pamiętajcie, że myślcie dwa razy, co wypowiadacie głośno ;-) Drugi raz urodziłam istne przeciwieństwo, ale cóż... po prostu teraz na nudę ni jak nie mogę narzekać. A Wy możecie cieszyć się, bo nieprzespane noce spędzam na blogu, machając nogą wózek, przez co, będzie mnie tu dużo... przynajmniej do trzeciego miesiąca, kiedy to podobno kolka ma ustąpić ;-)

Podsumowując, otulaczom i tak daję ogromnego plusa i wszystkim polecam, sami zaglądnijcie na instagram Oh!Tully, gdzie zobaczycie setki szczęśliwych maluchów!


PS Coś znów popsułam i nie mogę sama komentować bloga - nie myślcie, że nie mam czasu, czy ignoruję Was, po prostu ostro szukam, jak to naprawić, ale jak widać informatyk ze mnie słaby. Ale naprawię to, a na razie w pilnych sprawach zapraszam na maila: kaj.zet@gmail.com

wtorek, 3 stycznia 2017

FOTOBUDKA ZAKOPANE - najlepsza atrakcja na każdą imprezę!

Od jakiegoś czasu pokazuję Wam urywkami zdjęcia z fotobudki, która hula po Podhalu, opowiadam, gdzie będzie w dany weekend, gdzie możecie ją spotkać i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, podsyłam Wam profile na facebooku i Instagramie, a na końcu obiecałam, że o wszystkim powiem, jak domknę formalności. I właśnie domknęłam - Fotobudka Zakopane ruszyła!


Mogłabym tu pisać fachowym językiem, ale fachowo i profesjonalnie opisane jest na stronie internetowej,
na którą oczywiście Was zapraszam:

www.fotobudka-zakopane.pl

Ja dziś Wam trochę opowiem prosto i na temat, co to w mojej głowie się urodziło tym razem;-)


Fotobudka to przenośny aparat fotograficzny, komputer i drukarka oraz oświetlenie, zamknięte w zgrabnej bryle, którą pakuję do samochodu i zawożę w różne miejsca. Tam rozkładam sprzęt, stelaże z tłami fotograficznymi, cały meksyk strojów i gadżetów, przygotowanych indywidualnie dla każdej imprezy, a potem to już po prostu czyste szaleństwo! Każdy może przebrać się, ustawić na tle, wcisnąć START na ekranie i po zapozowaniu do kilku zdjęć, drukarka od razu wydrukuje fantastyczną pamiątkę na lata ;-)



Pewnie spotkaliście się nie raz z fotobudką, ja osobiście mam takie pamiątki z kilku wesel. Moja fotobudka nie ogranicza się jednak tylko do ślubów i wesel, ale bawiliśmy się już w klubach, hotelach, a nawet na prywatnych urodzinach. Osobiście marzy mi się jeszcze wizyta na siłowni, w jakimś fajnym salonie urody albo ulubionej karczmie - jeszcze nie wiem, jak to zrobić, ale pracuję nad tym i na pewno kiedyś tam zawitam ;-)


Wszystko jest do ustalenia, wszystko robimy indywidualnie, od nowa, dla każdego klienta - tworzymy grafikę pod zdjęcia (widzieliście moją nocną twórczość - jak już wpadnę w artystyczny szał, to siedzę po nocach i robię po kilka projektów do wyboru), przygotowujemy stroje, wedle życzenia, przemierzamy masę kilometrów, żeby umilić czas i zapewnić naprawdę fajną atrakcję! Co wyróżnia Fotobudkę Zakopane na rynku? To, że dla nas nie ma rzeczy niemożliwych ;-)



Jestem naprawdę mile zaskoczona, że Fotobudka Zakopane została na starcie dobrze przyjęta, bo staramy się i stajemy na głowie, żeby zapewnić 150% satysfakcji. Walczę jeszcze tylko z Jędrkiem, który się trochę czasami zapomina i tak kocha fotobudkę, że ostatnio z imprezy, kiedy szykowałam i zgrywałam zdjęcia, okazało się, że na większości koleżka się pojawia - pracuję nad tym, przy najbliższym wolnym dniu włączę mu sprzęt w salonie i wyleczy się z tego, promis ;-)

A wracając do sedna, jak już powiedziałam, projekty ustalamy indywidualnie pod każdego klienta, cennik i regulamin widnieje jasno na stronie, jednak nie oznacza to, że jeśli ktoś chce naszą fotobudkę na godzinę, podczas urodzin, czy na całą noc, podczas Sylwestra, to w cenniku tego nie ma i nie będzie. Piszcie śmiało, z nami wszystko jest do dogadania, jak z nikim ;-)

FOTOBUDKA ZAKOPANE
tel. 532 221 415
 fotobudka-zakopane@wp.pl 
www.fotobudka-zakopane.pl 
 www.instagram.com/fotobudkazakopane 
www.facebook.com/fotobudkazakopanepl

Zapraszam i obiecuję, że nie pożałujecie ;-)

niedziela, 1 stycznia 2017

Bday Girl!


Pamiętam, jak jeszcze kilka (wcale nie kilkanaście) lat temu, 25latki wydawały mi się stare. Dziś skończyłam 28, czyli zgodnie ze swoimi standardami i przekonaniami, najwyższy czas przechodzić na emeryturę!

Gdybyście mogli rzucić wszystko i cofnąć się do swojej przeszłości, kiedy czulibyście się najlepiej? W liceum, na studiach, a może jeszcze wcześniej, kiedy wszystko było błogie i do szkoły nawet nie chodziliście? Ja nie cofnęłabym się ani minuty. Czuję, że teraz jest mój czas, teraz jestem w pełni szczęśliwa, kiedy napędza mnie rodzina, większość życzliwych i wspaniałych ludzi dookoła, kiedy zaczęłam skupiać się tylko na pozytywnych rzeczach w życiu, kiedy zrozumiałam, że życie jest krótkie i należy cieszyć się dniem dzisiejszym i czerpać z niego garściami, kiedy przestałam przejmować się problemami innych i skupiłam się więcej na sobie, o czym zawsze zapominałam. To jest ten sekret, do którego dojrzałam jakiś czas temu i metryka metryką, życzę sobie, żebym była zawsze tak szczęśliwa, jak teraz ;-)

A Wam, korzystając z tego, że dziś zaczynamy Nowy Rok, życzę również odkrycia tego swojego sekretu, którego należy się trzymać. Żadnych bullshitów typu "Nowy Rok, nowa ja" - żyjmy tak, żeby nie odnawiać się z każdym kolejnym rokiem, tylko o każdej porze móc powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi i spełnieni, hej!

czwartek, 29 grudnia 2016

Instagram MIX - grudzień 2016!


Uwielbiam pisać wpisy "Instagram Mix", bo chyba najłatwiej przychodzi mi przelewanie tu wszystkich pozytywnych emocji, których doświadczam. Właściwie, ostatnio stwierdziłam, że chyba zastanowię się nad napisaniem książki w stylu "Skalska na Podhalu", bo to, jak się tu znalazłam i co wydarzyło się przez pierwsze cztery lata mojego mieszkania tu, nie może zostać zapomniane i pozostawione bez echa. Choć, tak właściwie, patrząc na to z drugiej strony, pewnie mało kto i tak by w to uwierzył ;-)
Do sedna, bo znów zaczynam swoje.

Grudzień zaczęłam hardkorowo - termin porodu miałam na 8 grudnia, ostatniego dnia listopada miałam już tak serdecznie dość, że usiadłam i prawie wymiękłam, co bardzo rzadko mi się zdarza. Dziękuję wszystkim obserwującym mój Instagram Matkom Wariatkom, które poleciły mi mnóstwo przetestowanych metod do wykurzenia Stanleya z brzucha - dwa lata temu, rodząc Zośkę dwa tygodnie po terminie śmiałam się z tego, w tym roku śmiało mogę powiedzieć - JAK SIĘ CHCE URODZIĆ WCZEŚNIEJ, TO SIĘ DA! I tu oczywiście zgadzam się, że termin porodu nie jest przypadkowy, dziecko ma siedzieć w matce do końca, bo tylko wtedy osiągnie status cudownego, dożywionego i błogosławionego, ale pogadamy, jak któraś z Was będzie pod koniec ciąży, ze świadomością, że zdrowe cztery kilo w brzuchu przekroczone, Wasz kręgosłup od ciężaru wysiądzie, a obok Was będzie siedziała rozwydrzona dwulatka, która tu i teraz chce się huśtać na Waszej nodze, albo nagle zachce się jej dwa razy dłuższych spacerów. 
Wracając do tematu, o 3 w nocy spakowałam się i zarządziłam w domu wyjazd do szpitala. Trochę bałam się, że odkryją tam, że symuluję akcję porodową (tak, łudziłam się, że przejdzie to bez echa), w samochodzie obmyślałam plan, co powiem na rejestracji, żeby broń Boże nie odesłali mnie do domu, a Jędrkowi zabroniłam cokolwiek tam mówić ;-) Na szczęście o 3 nad ranem nikomu tam nie chce się dyskutować, więc odesłali mnie na obserwację na patolę, mój ulubiony do tej pory oddział. Tak rozpoczęłam wczasy, a co lepsze, położyłam się z książką i naprawdę stwierdziłam, że przecież kiedyś się zacznie. Na szczęście trafiłam w ręce dwóch WSPANIAŁYCH lekarek, które ograniczyły mi mój "all inclusive" i po tajemniczych czarach, wieczorem dostałam takich skurczy, że wspomnienia sprzed dwóch lat wróciły i znów rzucałam mięsem na cały ród męski i zaklinałam się, że jak kiedyś znów zachce mi się dzieci, to niech mnie ręka Pańska strzeże... O 3 w nocy (ta trzecia godzina mnie prześladuje) przeniosłam się na porodówkę, o 4 dojechał biedny Jędrek (on już po pierwszym porodzie powinien mieć złoty pomnik w centrum Zakopanego), chwilę po 6 było po wszystkim. (Niby krótko, ale jak to oczywiście ja, nastawiłam się, że "drugi poród już ekspresem", i oczekiwałam 15 minut, więc 3 godziny były dla mnie wiecznością.)
Nie ważne, czy 22 czy 3 godziny, ważne, że Stanley wytańczył na porodówce dziesiątkę od jury, ja to przeżyłam sto razy lepiej, niż dwa lata temu i zdrowo wróciliśmy do domu. Jak przystało na małych, zakopiańskich celebrytów, Staszek od razu trafił na ramy mojej ulubionej gazety i wszystko wróciło do normy, hej!


CO U ZOSI
Wiecie, że koleżanka skończyła trzy dni temu dwa lata? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że wiem, kiedy to zleciało. Pozostając przy pozytywach, przestała znęcać się nad Staszkiem, nawet pozwala mu na pół sekundy popatrzeć na swoją Pandę (o dotknięciu nie ma mowy). Zaczęła mówić do tego stopnia zrozumiale i dosadnie, że kiedy spadła z łóżka i siarczyście zaklęła, zaczęłam się nad sobą zastanawiać. No i zdradzi wszystko, koniec z tajemnicami i sekretami u Gąsieniców.


CO U STASIA
Jutro skończy 4 tygodnie, za 3 dni skończy miesiąc, dacie wiarę? ;-) Jestem przerażona, bo jeśli ja widzę bez wagi, że bardzo szybko rośnie (w sumie powtórka z rozrywki z Zonią), to na wtorkowym badaniu mogę się zdziwić, za miesiąc podać pierwszy dietetyczny słoiczek z zupą, a za dwa wysłać go do przedszkola! A tak całkiem serio, to prócz tego, że pomylił mu się dzień z nocą (i śpiewa po góralsku z Matką od 2 w nocy do rana, a potem śpi do obiadu, czego Matka już uczynić ni jak nie może), patrząc na to, że potrafi spać przy żywotności swojej siostry, która ostatnio nie jest niegrzeczna, a opętana, wybrałam się wczoraj, żeby przebadać mu słuch, ale wszystko ok, chyba po prostu jest dzienną oazą spokoju.


CO U MNIE
Pamiętacie, jak po urodzeniu Zośki bulwersowałam się, jak ktoś zapytał mnie, co całymi dniami robię w domu? Moi Mili, odwołuję to! Posiadanie jednego dziecka to pikuś przy posiadaniu dwójki! Teraz, jak ktoś skieruje do mnie to pytanie, dostanie od razu w twarz.
Natura wynagrodziła mi ciężki poród i tydzień po tym wydarzeniu weszłam w swoje ulubione spodnie i wyniosłam ze sklepu body w rozmiarze XS, co mnie ucieszyło, jak wariata! ;-) Jak dziś wspomniałam Wam na Instagramie, właśnie wchodzę na plan treningowy, a że powrót do formy po ciąży z Zośką cieszył się dużym zainteresowaniem, tym razem też co jakiś czas będę wrzucać tu efekty mojej pracy. Waga nie gra tu roli, bo po ciąży zostały mi niecałe 2 kg, jednak zaczynam pracować nad wyrobieniem satysfakcjonującej mnie rzeźby, od zlikwidowania bezdupia i pracy nad talią zaczynając. Są plusy: trener personalny pod dachem, są minusy: status wiecznie samotnej matki z dwójką, ale jak zamierzam Wam pokazać, dla chcącego nic trudnego! Szczytową formę i pozbycie się wszelkich oznak dwóch ciąż planuję na weekend majowy, wtedy też pokażę Wam zdjęcia "przed" i "po". Zanim wypełznę z domu, zaczynam w legginsach, jak skoczek narciarski, miesiąc detoksu, Mel B i tabaty, mojego niezawodnego, domowego trio. Nie pytajcie, kiedy to robię, bo ani nie zrywam się o 5 rano, ani po ciężkim dniu, późnym wieczorem - treningi z Mel B trwają po 10 minut, tabata jeszcze mniej, dlatego każdy, bez wymówek, może znaleźć na to czas w ciągu dnia, ament ;-)


KOSMETYKI I PAZNOKCIE ORAZ INNE NOWOŚCI
Miałam tu umieścić denko kosmetyczne, bo trochę mi się tego ostatnio nazbierało, ale postanowiłam zrobić z tego osobny wpis.
Poniżej, po lewej, świąteczne, babskie prezenty, po prawej otulacz Staszka. I jak Zośka dałaby się dwa lata temu za niego pokroić, Staszek go nienawidzi... Ale o tym również wkrótce ;-)



OGŁOSZENIA PARAFIALNE Z ZAKOPANEGO!
Co jak co, ale nikt mi tu nie zaprzeczy, że zakopiańska porodówka, to zdecydowanie porodówka z najlepszym widokiem w Polsce - rodzisz z widokiem na Gubałówkę, wczasujesz się z widokiem na Tatry. Jako że nie wybieram się tam w najbliższej przyszłości, wstawiam tu zdjęcia, żeby sobie kiedyś przypomnieć ;-)
A w sobotę Dwójka pokaże Sylwestra w Zakopanem - dziś widziałam, że scena hula, muzyka gra, nic tylko przyjeżdżać i oglądać! Ja tradycyjnie, jak i skoki narciarskie, mając kilometr i do skoczni i na Równie Krupowe, zasiadam przed telewizorem :P



ULUBIONE ZDJĘCIE MIESIĄCA!
Zosia i Adaś - prawie bliźniaki, prawie rodzeństwo, dwie Gąsieniczki, hej!


Zapraszam na INSTAGRAM