piątek, 25 listopada 2016

Instagram MIX - listopad 2016!

CO U MNIE 
 Listopad, a właściwie jego końcówka (a właściwie od końca listopada do Nowego Roku), to u nas najbardziej imprezowy okres w roku - ja odwalam swoje imieniny i urodziny, Jędrek imieniny, a Zośka urodziny i sto tysięcy Mikołajek, Gwiazdek i Choinek. Zaczynając od tych pierwszych, mój Mąż spełnił moją wielką zachciankę, na którą nigdy nie miałam odłożonych pieniędzy, a zawsze była na mojej liście niezbędników i kupił mi stojące lustro, przez co Instagram zrobił się jeszcze bardziej narcystyczny, niż był ;-) Docelowo lustro stanie w sypialni, ale najpierw muszę pozbyć się stamtąd dzieci, więc jeszcze chwilę będzie stało w centralnym punkcie domu. Poniżej kilka moich ciążowych, ostatnich "strojów dnia", no i ostatni raz możecie popatrzeć tu na Staszka w brzuchu i mnie w dwupaku - kolejnej odsłony "2w1" nie planuję w najbliższym czasie, więc niech zostanie to tu pamiątką ;-)


CO U ZOSI
Wiecie, że za dokładny miesiąc skończy 2 lata? Dorobiła się swojego pierwszego warkocza (który gościł na jej głowie niecałe dwie minuty), prawie całe dnie spędza w okularach przeciwsłonecznych, a nawet nauczyła się robić "dziubki" do zdjęcia, więc śmiem twierdzić, że rozwija się prawidłowo, jak na swój wiek :P


DIY, CZYLI ZRÓB TO SAM!
Hardkorowa zachcianka ciążowa Skalskiej, czyli 100 babeczek, do pochłonięcia na raz.
Ciasto: poszukać w internetach "kruche babeczki".
Reszta: ulubiony dżem owocowy + serek mascarpone zmiksowany ze śmietanką 30% i cukrem waniliowym + bita śmietana + orzechy i kakao do posypania całości.
SMACZNEGO! ;-)


KOSMETYKI I PAZNOKCIE ORAZ INNE NOWOŚCI
Niestety mój iphone dalej leży i kwiczy - dziś pieniądze na wymienienie ekranu (który już wymieniam kilka miesięcy) wydałam bezsensownie u Doktorka (dzięki, Stanley!), dlatego jeszcze chwilę będę straszyć tą piękną jakością niektórych zdjęć. Jak tylko go naprawię, na pewno zauważycie różnicę, a ja w końcu pokażę Wam, jak piękne są matowe odcienie Mary Jo K i Koko K z Kylie Cosmetics, kolejnej mojej, ciążowej zachcianki. Na razie musicie uwierzyć mi na słowo, że jest to najpiękniejsza, matowa czerwień, jaką do tej pory miałam! ;-)
Lubicie DeeZee? Ja uwielbiam, a częste promocje (tak jak tu, -40% i darmową wysyłkę) uwielbiam. Jak przystało na ciężarną, mieszkającą w Zakopanem, aktualnie tuż przed zimą, nabyłam dwie piękne pary adekwatnego do wszystkiego w/w obuwia ;-)


OGŁOSZENIA PARAFIALNE Z ZAKOPANEGO!
W tym miesiącu była już piękna zima i piękna jesień, piękne, typowe góralki przyszły na świat, piękne golasy opanowały Krupówki, więc ze spokojem stwierdzam, że to kolejny miesiąc bez zmian, wszystko ok!


ULUBIONE ZDJĘCIE MIESIĄCA!
Moja Jędrula! Bo ma imieniny zaraz po mnie, bo teraz, kiedy ja mam naprawdę drażliwy i zły czas, staje na wysokości zadania i sprowadza mnie do parteru, bo kocham go fest!


Zapraszam na INSTAGRAM  

  
PS Dzisiaj Kasie imieninują, więc każdej Kasi życzę dziś miłego dnia! ;-)

wtorek, 22 listopada 2016

Drogi Święty Mikołaju...

Drogi Święty Mikołaju!

Patrząc na mój list sprzed dwóch lat (KLIK) i ten, który piszę dziś, stwierdzam, że przez
 te dwa lata wydarzyła się u mnie taka rewolucja, że sama Pani Magda Gessler by nie ogarnęła. Prawdę mówiąc, jestem szczęśliwa i nie marzę na razie o pięknych, stonowanych, czarnych rzeczach (jak dwa lata temu), a mój dzisiejszy list, to jedna wielka zbieranina. Chciałam, żeby wyszło równie fajnie i ładnie, ale wyszukując kolejne rzeczy, w głowie miałam tylko: "Masza i Niedźwiedź" na wszystkich możliwych DVD świata, metrowa, pluszowa Peppa, nowe, zimowe opony do samochodu, nowy wózek dla moich dzieci oraz skurcze, żeby odwalić nadchodzące wczasy na porodówce i w końcu poczuć święty, podhalański spokój na koniec roku (o ile w ogóle takie coś istnieje). No ale siedziałam, siedziałam i wysiedziałam 14 babskich gadżetów, które mimo wszystko fajnie byłoby mieć ;-)



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Mogłabym tu podkreślać, że dziś pozwoliłam sobie powymieniać, bo w zeszłym roku listu nie napisałam, jednak jeśli mój prezent zaczniesz na Maszy i skończysz na skurczach będę przeszczęśliwa ;-)

Z pozdrowieniami,
Skalska.

poniedziałek, 7 listopada 2016

DIY: Róże z klonowych liści, czyli jesienny wianek na drzwi.


 Aż trudno uwierzyć, że zdjęcia, które wykorzystuję w dzisiejszym wpisie zrobiłam niecałe 2 tygodnie temu. Dziś w Zakopanem jest totalne przeciwieństwo - mróz zrobił swoje, śnieg zrobił swoje swoje, wszystkie liście leżą mokre i brudne na ziemi, nie ma czego zbierać, jest szaro i to by było na tyle mojego czekania na piękną, złotą jesień w tym regionie. Jeśli jednak ktoś z Was może się cieszyć kolorami tej cudownej pory roku, korzystajcie ile możecie i ładujcie akumulatory ;-)

W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam pokazać, jak zrobić wianek, który na tyle spodobał się Wam na Instagramie, że postanowiłam przenieść go tutaj. Zaczynamy!

Najpierw musicie znaleźć liście, im większe i bardziej kolorowe, tym lepsze. My mamy to szczęście (choć z drugiej strony jest to nasza zmora, kiedy trzeba sprzątać uliczkę), że otaczają nas wielkie klony, które do pierwszych mrozów (czyli niestety krótko) mają wspaniałe, żółte, wielkie liście. A jak już znajdziecie odpowiednie liście, to macie 90% sukcesu.


DIY:

Do zrobienia wianka potrzeba:
- (najlepiej) klonowych liści,
- nitki,
- nożyczek,
- wiklinowego wianka (ostatnio widziałam takie w Pepco za grosze), 
który możecie zastąpić również okręgiem wyciętym z tektury,



 Wyznaczam poziomą linię na środku liścia, składam go na pół i pierwszy liść zwijam bardzo ciasno. Kolejny liść składam analogicznie, dokładam do pierwszego, formuję go w płatek i przywiązuję nitką. Tak samo postępuję z taką ilością liści, żeby powstała mi róża odpowiedniej wielkości.
Gotowe, związane róże przywiązuję do wianka i koniec! Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek robił w lecie wianek z kwiatów, na pewno od razu załapie, o co mi chodzi ;-)


 Jak już Wam wspomniałam, mój wianek stał się ostatecznie wiankiem pod duży znicz na cmentarzu, a ja, patrząc na śnieg za oknem i nadchodzący grudzień, już mam w planie coś fajnego, czerwonego i w klimacie na drzwi ;-) Enjoy!

piątek, 4 listopada 2016

Instagram MIX - październik 2016!

DOM 
Jak już pewnie widzieliście, październik przywitał nas naprawdę pokaźną warstwą śniegu, a potem był już tylko jeden weekend słoneczny i cały czas deszcz, deszcz i deszcz - podsumowując, dalej czekam na piękną, złotą jesień, ale na razie nic takiego się nie zapowiada. Jak już w poprzednim miesiącu napisałam, wszelkie remonty zaplanowane na "przed porodem" zostały poczynione, co jednak nie oznacza, że nie planuję nowych na "po porodzie" ;-) Ostatnim elementem wszelkich remontów było wstawienie drzwi do pokoju Zośki (już Wam kilka razy pisałam, przy pierwszych remontach wywaliliśmy wszystkie drzwi, tworząc "przestrzeń otwartą", jednak dzieci szybko weryfikują moje cudowne pomysły). A jak pojechałam po drzwi, tak zobaczyłam kilka fajnych rzeczy, które już są na mojej remontowej, wiosennej liście. Jest to na przykład trawa na podłogę do sypialni, bo mam ambitny plan wykurzenia Stanley'a z mojej sypialni na wiosnę (tak, tego Stanley'a, który jeszcze się nie urodził), mam nadzieję, że pójdzie w dobre ślady starszej siostry i od razu zaklimatyzuje się w swoim pokoju, a Matka zrobi sobie wymarzoną sypialnię, z trawą na podłodze, cudami na ścianach i balkonem a'la tajemniczy ogród. Takie mam plany domowe, póki co wszystko na papierze, byle do wiosny.


DIY, CZYLI ZRÓB TO SAM!
Bardzo się cieszę, że spodobał się Wam mój jesienny wianek na drzwi, który ostatecznie jednak został... ozdobną podstawą pod znicz na cmentarzu. Aktualnie za oknem mam śnieg, więc na drzwiach powieszę coś przedświątecznego, czerwonego, mojego ulubionego, a żółte liście ładnie komponują się na Pęksowym Brzyzku - jeśli ktoś w najbliższym czasie będzie na tym cmentarzu, na pewno zobaczy ;-) Jeśli porodówka mnie nie zaskoczy na dniach, to wrzucę Wam tu ekspresowy post, jak zrobić taki wianek.


CO U MNIE 
Dziś przeżyłam ostatnią wizytę u Doktorka, na której wszystko było cacy i lali, termin z USG przybliżył się do 20 listopada, więc moje pakowanie torby nie poszło na marne. Jeśli ktoś chce zobaczyć, co zabieram do szpitala w tym roku, zapraszam do wpisu: "DZIECKO: Moja druga wyprawka do porodu, czyli przeżyjmy to jeszcze raz.".



Tak bardzo chciałabym Wam opisać historię mojej Fotobudki, która hula i śmiga, jednak nie chcę niczego opisywać bez aktualnej strony internetowej, która zaginęła u informatyka. Mam nadzieję, że na dniach wszystko dostanę i wszystkiego się dowiecie. Gdzie cykamy zdjęcia na bieżąco możecie przeczytać i dowiedzieć się tu: KLIK.


CO U ZOSI?
 Zośka ma chomika! Żywego! Od trzech tygodni! I jeszcze żyją! Oboje! ;-) Najpierw poszłam do Maka po zwierza, jednak historia poszła dalej i o wszystkim możecie poczytać w poście: "Spidi - nowy członek rodziny, czyli pierwszy żywy zwierz Zochy."


 W ogóle wiecie, że w grudniu Zośka skończy 2 lata? Nie wiem, kiedy to zleciało... Z planu "do drugiego roku życia" sikanie na nocnik opanowane do perfekcji (1:0 dla Matki), za wyrzucenie smoka nawet nie wiem, jak się zabrać (1:0 dla Zojdy), czyli nie jest źle! Podsumowując, gdyby takie dwulatki się rodziły, to mogłabym mieć tuzin dzieci w domu ;-)


KOSMETYKI I PAZNOKCIE ORAZ INNE NOWOŚCI
 Jak już wspominałam, jesienne przesilenie plus ciąża osłabiły mi paznokcie, więc odstawiłam hybrydy na jakiś czas i regeneruję dłonie i paznokcie. O wszystkim pisałam we wpisie: "KOSMETYKI: INDIGO HOME SPA, czyli jesienna pomoc dla zmęczonych dłoni i paznokci."


 Jeszcze nie urodziłam, a tu taka niespodzianka! Wyprawka dla Staszka gotowa, wyprawka dla Matki też się tworzy. Normalnie chętnie wskoczyłabym w to wszystko i pobiegła na siłownię, ale jeszcze chwila ;-)


OGŁOSZENIA PARAFIALNE Z ZAKOPANEGO!
 Uwieeelbiam Zakopane poza sezonem, choć mam wrażenie, że niektórzy nie lubią i się w tym czasie bardzo nudzą (o czym świadczy artykuł z pierwszego zdjęcia, który pozwólcie, ale pozostawię jednak bez komentarza). Śnieg spadł, chętnych do przezimowania blondyn dalej nie brakuje - wszystko bez zmian, wszystko ok!


ULUBIONE ZDJĘCIE MIESIĄCA!
Czysta radość!


Zapraszam na INSTAGRAM!
https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/

wtorek, 25 października 2016

DZIECKO: Moja druga wyprawka do porodu, czyli przeżyjmy to jeszcze raz.

 I oto nastał 34 tydzień ciąży. Pamiętam, jak w 20 miałam już wszystkiego dość, jak niemiłosiernie dłużył mi się czas, a teraz nagle doznałam takiego przyspieszenia, że głowa mała. Powoli zaczyna do mnie docierać, co się dzieje (żeby tradycji stało się zadość, zapewne całkowicie dotrze do mnie dopiero na porodówce), powoli Doktorek każe mi przystopować z wszystkim, bo pojawiło się rozwarcie - co prawda słyszałam dokładnie to samo w pierwszej ciąży i urodziłam 10 dni po terminie, jednak tym razem rzeczywiście jest trochę inaczej: brzuch mam tak nisko, że czuję, jakbym normalnie go w kolanach miała, a dłuższe chodzenie sprawia mi taki ból, że pół dnia muszę siedzieć lub leżeć. Dla porównania, w ciąży z Zośką brzuch miałam do samego końca tak wysoko, że ciężko mi się oddychało, bo miałam wrażenie, że leży mi na płucach, a biegałam do samego końca, mogłabym przedstawić świadków, którzy widzieli, jak w knajpie na Krupówkach, prawie tydzień po terminie robiłam przysiady, żeby "coś złapało" i żebym nie spędziła świąt na patologii ciąży. Jeśli kogoś to interesuje i nie wie, to spędziłam święta na patoli, a Zośkę wykolędowałam dopiero w Szczepana - marzę o tym, żeby tym razem przeżyć adrenalinę paniki w domu, żeby mnie wszystko zaskoczyło w domu i żeby mnie Jędrek zaniósł do szpitala, jak w "Bridget Jones 3" ;-) No dobra, to trzecie już mi Jędrek wybił z głowy, ale na pewno nie chciałabym znów wylądować na patologii ciąży w szpitalu, całą resztę przyjmę w podniesionym czołem. Zapytacie pewnie, dlaczego więc rodzę drugi raz w grudniu i sama załatwiłam sobie niepewność związaną ze spędzeniem świąt w szpitalu? Sto razy powtarzałam Wam, że grudzień to mój ulubiony miesiąc, do tego, jak mawiają na mieście "no risk no fun", jednak tym razem zostawiłam sobie rezerwę w obliczeniach i niezależnie ile przedłużyłby mi się termin, święta spędzę w domu ;-) Tyle o tej końcówce ciąży, chyba to ostatni taki wywód, trzymajcie kciuki, byle do grudnia!


Wracając do tematu, szukając w necie magicznego i na czasie dla mnie hasła "torba do szpitala, porodu" trafiłam na... swojego bloga ;-) Naprawdę zapomniałam o tym, że prawie dwa lata temu podsumowałam to, co spakowałam na porodówkę, co okazało się niezbędne, a co mogłam od razu sobie odpuścić. I teraz, nie powiem, kilku rzeczy dalej nie miałam na liście, więc brawo ja za tamten wpis! Przeżyjmy to jeszcze raz: "Moja wyprawka do porodu, czyli co było mi zbędne oraz o czym kompletnie zapomniałam".


W tym roku, tym razem, jest zgrabnie, kompaktowo i prosto - czarna torba dla mnie, szara dla Staszka, żadnych zbędnych rzeczy (najwyżej Jędrek wykona sto kursów na trasie szpital - dom). 

Zaczynając od mojego niezbędnika dla dziecka po porodzie:
(i tu dalej zaznaczam, że są to moje osobiste odczucia po przeżyciu porodu w tym szpitalu, nikomu nic nie narzucam, opisywać będę to, co mi w sercu, głowie i na języku leży)


UBRANKA
Dalej namawiam do zorientowania się (w większości szpitali podobno nawet na stronach internetowych jest taka informacja), czy szpital wymaga wyprawki dla dziecka. Po tamtym wpisie dostałam kilka wiadomości, że "tak czy siak brać swoje", że "panie położne i tak nie pozwoliły ubierać w inne niż szpitalne", i powiem szczerze, że tego drugiego niestety, ale nie rozumiem - ja wiedziałam, że mój szpital zapewnia ubranka podczas pobytu na oddziale, jednak miałam swoją wyprawkę i nie rozumiem, co to znaczy, że "panie położne nie pozwoliłyby mi ubierać w inne niż szpitalne". Z doświadczenia powiem Wam, że po porodzie, kiedy zabrali mi Zośkę, a ja przechodziłam na oddział, Zośka czekała na mnie w tych szpitalnych, jednak była w nich dopóki nie doszłam do sali - z wielkim trudem, ale przebrałam ją w prywatne śpiochy (w ogóle nie ogarniałam takiej małej istoty, a co dopiero ubierać jej ręce, jak zapałki w jakieś równie mini śpiochy?!), ale miałam to szczęście, że panie na oddziale szybko załapały, że ze mną nie ma co się kłócić i na poranne badania zabierały mi ją w wózku ze swoimi ubrankami na zmianę - zła matka, złote kobiety! ;-)

Wracając do ubranek, w skład mojej wyprawki na 3 dni wchodzą:
- 2 x body z krótkim rękawem
- 4 x body z długim rękawem
- 6 x pajacyki/śpiochy z długim rękawem
- kilka par skarpetek
- kilka bawełnianych czapeczek

PAMPERSY:
20, dokładnie tyle wzięłam ostatnio, dokładnie tyle zużyłam ostatnio, dokładnie tyle samo biorę tym razem.

PIELUCHA TETROWA x2
Niezastąpiona - biorę dwie sztuki (ostatnio miałam więcej), ale na sali jest ich miliony do korzystania, świeżych i pachnących, będę brudzić szpitalne, resztę swoich, pięknych, zostawiam w domu.

PIELUCHA FLANELOWA x3
Lubię je do przykrywania i zakrywania, a 3 w zupełności wystarczą.

CIEPŁY KOCYK
Stanley dostał szaraka, prostego z Ikea, za chyba 8złotych, bardzo miękkiego i dość dużego. Z Zośką spałam na jednym łóżku i brakowało mi takiego ciepłego koca dla nas dwóch, bo kupiłam "cudowny, idealny dla księżniczki, taki, jaki kazali", metr na metr i mogłabym sobie nim stopy chyba przykryć. Teraz mamy taki, że dużo miejsca nie zajmuje, a przykryje nas oboje.

MAŚĆ NA ODPARZENIA
Dla mnie ulubiony Babydream - stosowałam go przez całe pieluchowanie/pampersowanie Zośki i nie mogę mu nic zarzucić, jedynie polecić dalej.

CHUSTECZKI NAWILŻANE
Jak już kiedyś napisałam, dobre do wszystkiego, podczas pobytu w szpitalu, począwszy od przewijania, przez odświeżanie, czy nawet przetarcie stolika przy łóżku. Kolejną reklamą niesponsorowaną niech będzie, że u mnie to są niezawodne Fitti z Biedronki - dobra jakość, dobra cena, drugie dziecko będę na nich wychowywać, bo nie mam im niczego do zarzucenia.

SMOCZEK
i tyle! 

(co jeszcze ciekawego i totalnie niepraktycznego można zabrać na porodówkę, na moim przykładzie, przeczytać możecie w poście sprzed prawie dwóch lat, link na górze dzisiejszego wpisu)


Z wyprawką dla dziecka było łatwo, przejdźmy do wybrednej matki ;-)


Zaczynając od drażliwego dla mnie tematu, KOSZULA NOCNA DLA MATEK KARMIĄCYCH ;-) W ogóle termin "koszula nocna" nie istnieje i nigdy nie będzie istniał w moim słowniku! Dalej śpię w w koszulce na ramiączkach i męskich bokserkach, dalej czasami coś mi do głowy strzeli i mam kilka jakiś koronek, ale też dalej nie mam i nie będę miała koszuli nocnej ;-) Oczywiście ciekawostką niech będzie to, że idę na drugi poród w tej samej koszuli, którą wtedy zakupiłam i jak napisałam, zachowałam ją na drugi poród - tym razem jednak nie wróci już ze mną do domu na bank.


BAWEŁNIANA BLUZKA Z DŁUGIM RĘKAWEM I ROZPIĘCIEM NA DEKOLCIE x2
Bo jestem zmarźluchem, bo tak też da się wygodnie karmić.

LEGGINSY
Mój porodówkowy standard, ale po prostu jest mi tak wygodnie i już.

STANIK
Tym razem żadnych dla karmiących u mnie nie będzie, i ja wiem, że przeciwników tego znajdzie się więcej niż zwolenników, ale u mnie staniki dla karmiących nie sprawdziły się zupełnie, dlatego tym razem zaopatrzyłam się w 3 staniki w odpowiednim rozmiarze, dla wygody, rozpinane z przodu. 

BOKSERKI
 Żadne majtki, cuda poporodowe, zwykłe, bawełniane bokserki.

SKARPETKI

BUTY
Jak już pewnie doczytaliście, klapek też nie uznaję, w tym roku nie będę ryzykować z trampkami na oddziale, więc zakupiłam fajne, wsuwane buty - koty, testuję od tygodnia i żyję ;-)

PODKŁADY POPORODOWE

WKŁADKI LAKTACYJNE

RĘCZNIK x2

KOSMETYCZKA
Z codziennymi kosmetykami.

SZCZOTECZKA I PASTA DO ZĘBÓW

 ŻEL DO MYCIA
Ostatnio wzięłam płyn do higieny intymnej, którym myłam się od stóp do głów i tym razem też tak robię.

BALSAM DO CIAŁA
Wersja mini, bo ostatnio po porodzie wyglądałam jak wąż, dlatego jeśli sytuacja się powtórzy, to raz będę musiała się posmarować, żeby nie zwariować.

 BALSAM NAWILŻAJĄCY I MAŚĆ NA BRODAWKI
U mnie ostatnio był EOS i maść z Ziai, jednak tym razem biorę uniwersalny balsam łagodzący, który idealnie nada się do tych dwóch powyższych.



PAPIER TOALETOWY
Którego nigdy nie ma za dużo w szpitalu.

PODUSZKA
Brakowało mi ostatnio takiej poduszki, jaką biorę teraz - grunt to się dobrze wyspać, pamiętajcie!

TELEFON I ŁADOWARKA

i najważniejsze zostawiłam na koniec:
DOWÓD OSOBISTY I KARTA CIĄŻY!
Ja ostatnio oczywiście zapomniałam ;-)


 I to by było na tyle - dzięki mojej dłubaninie w dzisiejszym poście utwierdziłam się tylko, że zabrałam wszystko, co jest mi niezbędne, co przyznam szczerze, daje mi jakieś poczucie chwilowego spokoju. Mam nadzieję, że komuś kiedyś może przyda się moja niestandardowa wyprawka do szpitala ;-)

A Wy, Babeczki? Zabrałyście coś mega niepraktycznego na porodówkę? Albo w drugą stronę, zapomniałyście o czymś bardzo ważnym? Jak już wspomniałam na wstępie, dużo ostatnio siedzę, więc chętnie poczytam i zrelaksuję się przy Waszych komentarzach ;-) Miłego dnia!

czwartek, 20 października 2016

Spidi - nowy członek rodziny, czyli pierwszy żywy zwierz Zochy.


Nie będę się tu rozpisywać, jaka to była przemyślana decyzja, ile testów uczuleniowych zrobiliśmy, albo jak długo wybieraliśmy pierwszego, żywego zwierza dla Zochy, bo prawda była taka, że sto lat temu miałam chomika, fajną klatkę, którą moja Mama postanowiła teraz z hukiem wyrzucić, więc nasze dylematy nad "zwierzem dla Zochy w przyszłości" zostały rozwiane w dwa dni - pierwszego dnia Mama przywiozła do nas klatkę, drugiego przynieśliśmy do domu zwierza.


Co prawda ja chciałam (i dalej chcę) kota, ale w rachubę wchodzi kot, który chodzi też dużo po polu, co u nas, w środku miasta, trochę słabo widzę. Do psa muszę jeszcze dorosnąć, posiadanie pierwszego psa (i dwójki małych dzieci) uważam za dość odpowiedzialną rolę, ale myślę, że do dwóch lat i tak jakiś do nas się wprowadzi. Rybek nienawidzę, bo nie lubię zwierząt, których nie można dotknąć. Z doświadczenia wiem, że świnki morskie strasznie dużo sikają, myszy są fajne, ale dla dorosłych lub starszych dzieci, a z chomikami nie miałam żadnych dziwnych przygód, więc pomimo sprzeciwu wszystkich dookoła, postanowiłam, że w klatce zamieszka chomik. I jak już wyżej wspomniałam, w sklepie zoologicznym spędziliśmy 15 minut i wyszliśmy ze Spidim - szarym chomikiem, którym Zocha jest zachwycona! 


I na razie żyje sobie Spidi w swojej klatce, nie przeszkadza nikomu, Zocha jest w swoim żywiole, kiedy pcha mu marchewki i palce do klatki, a ja mam w końcu chwilę wolnego, na co też narzekać nie mogę ;-)


Miłego dnia!

czwartek, 6 października 2016

KOSMETYKI: INDIGO HOME SPA, czyli jesienna pomoc dla zmęczonych dłoni i paznokci.

W poprzednim poście wspomniałam Wam, że ostatnio zauważyłam ogromny spadek kondycji moich paznokci, o wiecznym przesuszeniu skóry dłoni, z którym nagminnie walczę, nie wspominając. Cieszę się, że mój los nie jest wszystkim obojętny i wczoraj kurier zapukał do mnie z tajemniczą przesyłką od INDIGO, która ma być lekiem na to moje całe zło ;-)


Ale od początku. Coś złego dzieje się z moimi paznokciami - bardzo się łamią, jak trochę odrosną, to okrutnie się rozdwajają, a wiadomo, na słabej płytce hybryda nie utrzyma się, dlatego pomimo tego, że zaopatrzyłam się w nowy mostek LED, kilka lakierów i nowe płyny, tak postanowiłam sobie odpuścić na jakiś czas malowanie hybrydowe. Choć naprawdę jestem już tak od tego uzależniona, że nie wiem, jak długo wytrzymam (myślę, że każda kobieta, która poznała hybrydową wygodę zgodzi się ze mną). Nie wiem, czym spadek tej kondycji jest spowodowany - czy jest to kwestia tego, że jestem w ciąży i wszystko we mnie tyka, jak bomba, czy to kwestia przesilenia jesiennego, kiedy to zawsze mam spadek odporności i brak witamin, czy po prostu moja płytka ma dość hybrydy (uchowaj Boże przed uczuleniem). Na chwilę obecną daję odpocząć moim pazurom, a w każdej wolnej chwili mam zamiar dostarczać im takich dawek witamin i odżywczych substancji, że nie zakładam braku spektakularnej poprawy.

Jak już wspomniałam, po opublikowaniu mojego problemu, znaleźli się dobrzy ludzie, którzy zechcieli mi podesłać lek na całe zło. Przyznam szczerze, że marka INDIGO, do tej pory kojarzyła mi się wyłącznie z lakierami hybrydowymi, jednak jak się okazuje, mają cudowną i bogatą ofertę HOME SPA! W mojej przesyłce dostałam kilka kosmetyków, które po pierwszym użyciu tak mnie zachwyciły, że postanowiłam napisać o nich wcześniej, niż w denku kosmetycznym, po ich wykończeniu.


Podstawowym i najważniejszym dla mnie plusem wszystkich tych kosmetyków jest ich zapach - pachną tak obłędnie, że po prostu odlatuję, przy kremie do rąk najbardziej! W skład mojego niezbędnika wchodzą:


- serum do skórek i paznokci, wersja MIRRA - fantastyczne serum o konsystencji oliwki, zamknięte w eleganckim opakowaniu z pędzelkiem, 
- masło SHEA, wersja POP SUGAR - bogate w witaminę A i E, dzięki czemu skóra jest gładka, dobrze nawilżona i pokryta zabezpieczającym filtrem lipidowym,


- balsam do ciała, wersja AROME 99,
- krem do rąk, wersja SEVENTH HEAVEN - o matulu! jak już wspomniałam, zapach warty grzechu, mam nadzieję, że wszystkie te kosmetyki tak jak cudownie pachną, tak cudownie mi pomogą, ale o efektach opowiem Wam za jakiś czas, jak trochę przetestuję,
- dostałam też katalog z całą gamą kosmetyków, który studiowałam pół nocy i już mogłabym zamówić połowę jego asortymentu!


Chciałam tu jeszcze zamieścić zdjęcie moich aktualnych paznokci, w wersji tzw. "no filter", ale oszczędzę Wam tego w tym pięknym poście - obiecuję, że wersję "przed" i "po" zobaczycie za jakiś czas.

I Babeczki, macie, stosujecie kosmetyki marki INDIGO? Polecacie jeszcze coś z ich oferty? Wstyd się przyznać, ale są to moje pierwsze produkty z tej firmy, ale już wiem, że na pewno nie ostatnie ;-)